czwartek, 20 maja 2010
Para
Wracałam dziś do domu autobusem, nie mając świadomości, jacy niezwykli pasażerowie siedzieli tuż za mną. W tłoku rozpychających się łokciami otyłych pań i panów o brudnych rękach, nie mogłam dostrzec tej królewskiej pary - zauważyłam ich dopiero, gdy opuścili pokład i ruszyli chodnikiem w stronę bloków niedaleko ulicy szkolnej na Witominie. Pani około 70-tki ubrana w śmieszny, niemodny beret, raczej męski niż damski, bordowy pulower, spodnie za łydkę i sznurowane trzewiki trzymała za rękę Pana w siwym swetrze, ciemnozielonych, przykrótkich spodniach i trudnym do zdefiniowania nakryciu głowy. Rozmawiali ze sobą, wymieniali porozumiewawcze spojrzenia trzymając się za ręce. Pod spojrzeniem Pana, na pooranej zmarszczkami twarzy Pani pojawiał się filuterny dołek w lewym policzku. Jej ciemne oczy błyszczały. Ściskała swojego towarzysza, jakby bała się, że gdy nie będzie go trzymać wystarczająco mocno, uniesie się w górę i odleci, albo zniknie jak bańka mydlana. Kiedy autobus tkwił w korkach, mogłam się im przyglądać, gdy przyspieszał, pragnęłam krzyknąć do kierowcy, żeby nie jechał tak szybko - chciałam zapamiętać każdy szczegół ich twarzy, ich rąk i ugiętych od starości pleców. Poczułam ukłucie niepokoju.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz