wtorek, 18 maja 2010

Dojrzewanie

Teoretycznie stałam się kobietą, gdy miałam 11 lat. To bardzo wcześnie. Na ten zaskakujący pośpiech mojego organizmu moja matka nie była przygotowana. Podobnie jak babcia, z którą wyjechałam na wiejskie wesele i właśnie wtedy dopadła mnie fizyczna dojrzałość. Było zimno, spaliśmy w nieogrzewanym pokoju pod wielkimi, białymi puchatymi pierzynami, w ubraniach, było mi źle. Zwłaszcza, że babcia wmawiała mi, że mam sraczkę. A ja wiedziałam, że to nie sraczka.

Powrót do domu był moim osobistym, starannie skrywanym dramatem. Weselną wioskę zasypał śnieg, był wszędzie, sięgał prawie po pas. Włamywał się do butów, zalegał w nogawkach i dotkliwie przypominał, że na ciepłym ciele ogrzewanym rajstopami, grubymi skarperami i spodniami szybko topnieje, przeistaczając się w lodowatą, nieprzyjemną ciecz. Autobusy nie jeździły i nie wiadomo było, jak szybko dotrzemy do domu. To był jeden z dłuższych weekendów w moim życiu przerywany nerwowym oczekiwaniem na reakcję mamy. Była dokładnie taka, jakiej się spodziewałam. Do Krainy Zielonego Jeziora przyjechaliśmy nocą. "Wiedziałam, że to wkrótce nastąpi". Włożyła mi w rękę niezbędnik prawdziwej kobiety i poszła spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz