Uniwersytet Językowej Ascezy zawsze mnie przygnębiał - po jego wąskich, dusznych korytarzach, pachnących zawilgoconymi kartkami książek, chodziły pawie o wyblakłych piórach, wiecznie zawstydzone wróble, różowoskóre, łyse kondory i pawiany w długich spódnicach, nieudolnie ukrywające ciężar staropanieństwa. Smutne były te nerwowe spacery, niepewne przechadzki z głową wtuloną w pióra, wyniosłe spojrzenia, pod którymi kryły się uprzedzenia i urazy. Im dłużej się im przyglądałam, tym bardziej odsuwałam od siebie myśl o karierze w tej akademii słowa i samopoklasku. Na III roku nauk postanowiłam znaleźć pracę dorywczą. Był miesiąc spadających liści, słoty i bladego słońca, a ja zaczęłam sprzedawać świąteczne kartki - uznałam, że to lepsze niż praca w gwarnym pawilonie, nie chciałam też być perlicą uciekającą przed niebezpieczeństwem pieszo, mimo posiadanych skrzydeł.
Pocztówki były niewyobrażalnie brzydkie, co rzecz naturalna - utrudniało sprzedaż. Mikołaj wyglądał jak stary, przepity dziad, niezdolny do uśmiechu, a co dopiero do przeciskania się przez komin z workiem pełnym prezentów. Przez dwa tygodnie biegania po schodach starych bloków i kamienic zarobiłam 80 zł. W tym była złotówka od Pani, która dała mi ją, nie chcąc kartki. Za te pieniądze skopiowałam słownik chorwacko-chorwacki, na nowy nie starczyło mi pieniędzy. 3 tomy tej wyjątkowej księgi przeżyły wszystkie moje przeprowadzki. Słownik mam do dziś i nigdy go nie wyrzucę. Tym większą ma dla mnie wartość, im bardziej go nie używam. Przypomina mi, że bywało gorzej.
wtorek, 3 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
I to się nazywa umieć opowiadać:)
OdpowiedzUsuń