Moja córka ma ostatnio nieodpartą chęć opowiadania. Kiedy wracam z pracy do domu, wita mnie i natychmiast zaczyna snuć opowieść i wyjaśniać, co robiła przez cały dzień (biegłam, biegłam, nowa zjeżdżalnia była, była kałuża, skoneczko wysuszyło, mogłam zjeżdżać, była Zosia, bawiłam, bawiłam...). Ma też chęć opowiadania innym ludziom - sąsiadom, przechodniom, dzieciom - co zamierza robić (będę jadła arbuza, taki duży kawał da mi mama, lubię arbuza jeść, dziewczynko wiesz?). Tyle w niej entuzjazmu, że aż się zapowietrza. Uwielbiam to.
Wczoraj na plac zabaw przyszło kilka około 10-letnich dziewczyn - bawiły się w grę, której nie znam, biegając i wykrzykując do siebie różne polecenia. Mojej córce bardzo się spodobała ta gra - przyłączyła się do nich, biegała i śmiała się razem z nimi, tyle, że żadna z dziesięciolatek nie zauważyła dwuletniego kurdupla, podskakującego radośnie krokiem nieustraszonego źrebaka. Było mi szkoda, że jej uśmiechy i zaczepki pozostają niezauważone. Ale nie ruszyłam się z miejsca, nie powiedziałam "Aniu, chodź do mnie". Bo Ani to zupełnie nie przeszkadzało - to ja czułam smutek, nie ona. Pomyślałam, że to dopiero początek.
Te same dziewczyny były dla mnie ciekawym zjawiskiem na 20 metrach ogrodzonego płotem placu. Bo wciąż robiły sobie przerwę w zabawie, mówiąć "stop, muszę odpocząć", "mam kolkę", "serce mnie kłuje", "co robisz Maja? odpoczywam!". Nie przypominam sobie, żeby na moim podwórku 20 lat temu ktoś robił sobie przerwy, żeby odpocząć.
czwartek, 5 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz